III Nadwarciańska Dycha Gorzów Wlkp. 2016


Równo tydzień temu wystartowałam w III Nadwarciańskiej Dyszce. Nie liczyłam na dobry wynik, dwa dni później miałam ważny egzamin, dlatego od dwóch tygodni totalnie odpuściłam bieganie. Jaki był efekt startu "na świeżości"? Zapraszam do lektury :)



Ostatnie dni przed startem były totalnie zakręcone. Zaliczenia, egzaminy, załatwianie różnych dokumentów i wyprowadzka uniemożliwiły mi jakiekolwiek sensowne przygotowania do zawodów, ale że pakiet był już dawno kupiony grzechem byłoby nie skorzystać ;). 

Jeśli chcecie pobiegać w największych upałach, to polecam Wam zapisywać się na wszystkie biegi w których biorę udział. Niedzielne przedpołudnie było gorące, wiedziałam, że z każdym kilometrem będzie coraz cieplej. Przed startem zjadłam mój obowiązkowy zestaw, czyli ogromna, pszenna buła z dżemem i kawa. Na co dzień nie jadam białego pieczywa, więc taka kanapka kojarzy mi się nieodłącznie z zawodami. Szybkie pakowanie i wyjazd, do Gorzowa dotarliśmy na pół godziny przed startem. Trochę mało czasu na rozgrzewkę, ale że nikt nie nastawiał się na rekordy nie miało to dla nikogo większego znaczenia. 20 minut truchtu, trochę gimnastyki, wymachów i przejście na start. Ustawiłam się z tyłu, wiedząc, że dzisiaj nie oczekuję od siebie za wiele i biegnę dla przyjemności.


Okazało się, że idealnie wybrałam miejsce startu. Pierwszy raz w życiu udało mi się pokonać pierwszy kilometr w czasie powyżej 4 minut (4:15). Zawsze mam ten problem, że niesiona adrenaliną startuję zdecydowanie za szybko, a to naprawdę przekłada się na resztę biegu. Cały dystans biegłam naprawdę równo, czułam się świetnie i nie odliczałam ile jeszcze do końca ;)

Trasa w Gorzowie ma swoje plusy i minusy. Do zalet na pewno należy przebieganie przez stadion żużlowy. Przez chwilę można poczuć się jak zawodowiec i wyobrazić sobie te tłumy, które zbierają się w niedzielne wieczory, żeby kibicować swojej drużynie. Na stadionie prowadzony był dodatkowy pomiar czasu, który potwierdził to, że przez cały bieg trzymałam jedno tempo - zarówno pierwsze jak i drugie kółko pokonałam w czasie 53,6. Do wad trasy należy dwukrotny skręt o 180 stopni - należało praktycznie stanąć, żeby zmieścić się w ciasnej nawrotce, co totalnie wybijało z rytmu. 


Na 8 kilometrze chłopak przede mną stanął. Pomyślałam sobie, że zwariował, biegnie w super tempie i zostało mu tak niewiele żeby ukończyć dystans. "Nie poddawaj się, biegnij do końca" - wysapałam, na co on odparł "Łatwo Ci mówić". Chyba zdał sobie sprawę, jak bezsensownie brzmią jego słowa, kiedy wypowiada je do kogoś, kto siedzi w tym samym bagnie, bo ruszył za mną. Myślę, że potrzebował tej zachęty, bo potem cały czas deptał mi po piętach. Jak się okazało z korzyścią dla mnie, bo nie miałam ochoty zostać wyprzedzona przez kogoś, kto jeszcze chwilę temu chciał zupełnie zrezygnować. 

Na mecie pojawiłam się jako 11 kobieta, z czasem 42:22 (jak się okazało, moim najlepszym w tym roku :)).  Z dodatkowych ciekawostek, średnie tempo biegu 4:15 (tak jak pierwszy kilometr :)), 5km w 21:14. Bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że nawet załapałam się na podium w kategorii K20. Nowe skarpetki do biegania zawsze się przydadzą :P

To był bardzo fajny bieg, gratuluję organizatorom oraz wszystkim startującym (w tym moim rodzicom). Rok temu na mecie byłam 8, pierwsza w K20, niestety trasa była trochę krótsza i nie liczyła pełnych 10 kilometrów, dlatego nie mogę porównywać swojego czasu (39:50) z czasem osiągniętym tydzień temu. Cóż, nie pozostało mi nic innego jak sprawdzić się tam znowu za rok :) Do zobaczenia!



Podziel się:

0 komentarze